Kopenhaga i Oslo – relacja z podróży do skandynawskich stolic

Do Skandynawii wybraliśmy się w połowie lutego. Środek
zimy może się wydawać niezbyt odpowiednim okresem na wycieczki, jednak
to tylko pozory. W tym czasie o wiele tańsze są połączenia promowe i
nie ma natłoku turystów. Naszym celem były Kopenhaga i Oslo, które właśnie
zimą nabierają swoistego mroźnego charakteru i klimatu. A z czym bardziej
jak nie z zimą kojarzy nam się Skandynawia… no może jeszcze z fiordami.
I tak jak w tym kawale o fiordach, bohater poznał je po swojemu, tak
i my staraliśmy się poznać Danie i Norwegię na swój sposób.

Nasza podróż zaczęła się w Gdańsku w Porcie Północnym. Tam zaokrętowaliśmy
się na prom Duke of Scandynawia należący do duńskich linii DFDS Seaways.
Korzystając z ich oferty udało nam się za 330 PLN od osoby, wykupić
rejs z Gdyni przez Kopenhagę do Oslo i z powrotem. Więcej szczegółów
na temat tego i innych rejsów można znaleźć na stronie dfdsseaways.pl

Było sobotnie popołudnie, a my staliśmy właśnie pierwszy raz w życiu
na pokładzie statku. W zasadzie to dwa piętra pod pokładem, bo tam na
poziomie 3 znajdowały się kuszetki. Z niecierpliwością czekaliśmy na
wypłynięcie. Aby urozmaicić sobie oczekiwanie wyszliśmy na zewnątrz.
Czyli udaliśmy się cztery piętra wyżej na poziom 7, gdzie był otwarty
pokład z tarasem widokowym. Punktualnie o 16 odbiliśmy od brzegu. Uczucie
wypływania na otwarte morze jest wspaniałe. Nagle otwiera się ogromna
przestrzeń, gdzie nic nie przysłania horyzontu. Tego uczucia nie burzy
nawet obawa o to, czy będzie bujać. Zresztą nam się udało nie doświadczyć
zbyt wielkich fal. Bujało tylko w drodze do Kopenhagi, a i to nie za
mocno. Pozostała cześć drogi upłynęła pod znakiem spokojnego morza.
Było to dla nas kolejnym potwierdzeniem, że luty jest dobrym okresem
do morskich podróży.

Po nocy spędzonej na promie, w niedzielny poranek (o godzinie 10) stanęliśmy
na duńskiej ziemi. Kopenhaga przywitała nas słoneczną pogodą i temperaturą
-3 stopnie. Zwiedzanie zaczęliśmy od poszukiwania kantoru aby wymienić
pieniądze – zabraliśmy ze sobą Euro. To nie było najlepsze rozwiązanie.
A to dla tego, że w Danii do każdej wymiany doliczany jest podatek.
Na promie wynosił on 20 koron, a na lądzie 30. Rozwiązaniem tego problemu
jest od razu w Polsce wymienić złotówki na korony lub o ile to będzie
możliwe płacić kartą. Uporawszy się z kwestami finansowymi, ruszyliśmy
na zwiedzanie. Kierowaliśmy się przy tym wskazówkami znalezionymi w
internecie oraz mapą rozdawaną na promie. Z ciekawszych miejsc, do których
trafiliśmy tego dnia, warto wspomnieć:
– Port – przystań promowa i cały port są w samym centrum miasta. Liczne
kanały i stojące w nich statki, żaglówki i inne łodzi tworzą prawdziwie
portowy klimat.
– Dzielnicę Christianie – z kościołem Zbawiciela, który wyróżnia mocno
pokręcona wieża i Wolną Christianią, miejscem gdzie nie ma podatków,
a jest dużo wolności.
– Deptak Stroget – pierwszy deptak na świecie i pierwsza wyasfaltowana
ulica w Danii. Odchodzące od niego wąskie uliczki kuszą kameralnym nastrojem
i licznymi kafejkami.

Na godzinę 15 wróciliśmy do portu, bo o 16.30 odpływał nasz prom. Tym
razem mieliśmy płynąć na statku o nazwie Perl of Scandynawia. Był to
ponoć najbardziej luksusowy prom naszych linii. Faktycznie mieliśmy
swoją kabinę z łazienką, na schodach leżały czerwone dywany a poręcze
były złote. Całe szczęście że ceny w sklepie wolnocłowym były na zwykłym
poziomie, czyli np.: puszka coca-coli po 6 koron.

Ta noc na morzu była jeszcze bardziej spokojna od poprzedniej. Tak więc
wyspani i wypoczęci meldowaliśmy się o 9 rano na pokładzie, aby za chwilę
zejść na ląd. Bagaże mogliśmy zostawić w kabinie, bo wieczorem wracaliśmy
tym samym promem. W Oslo pogoda była bardzo słoneczna ale i mroźna.
Temperatura rano wynosiła -17 stopni, a w południe doszła do -5. Jednak
patrząc na miejscowych wydawało nam się, że dla nich to nie wiele. Poubierani
byli raczej wiosennie. To my w naszych kurtkach puchowych czuliśmy się
jak mieszkańcy północy. Druga charakterystyczna rzecz na którą zwróciliśmy
uwagę to budownictwo. Budynki mimo że są wysokie i stoją blisko siebie
nie wydają się przytłaczać. Mają wiele okien, świetlików i może przez
to nabierają lekkości.

Co do zwiedzania, to nie mieliśmy w planach półwyspu Bygdoy, gdzie są
trzy najbardziej rozreklamowane muzea: łodzi Wikingów, statku polarników
Fram i łodzi Kon Tiki. Choć półwysep, jest położony niedaleko centrum,
to zimą można się tam dostać jedynie autobusem nr 30 W okresie letnim
od maja do września kursuje również prom. Wpływa co pół godziny spod
ratusza. Wracając jednak do naszych planów na ten dzień to w mieliśmy
nich raczej zwiedzenie centrum miasta. Na początek zdecydowaliśmy się
odwiedzić położony nad fiordem, średniowieczny zamek Akershus. Z jego
murów roztacza się wspaniały widok na zatokę i półwyspu Bygdoy. Potem
po dłuższym spacerze doszliśmy do Frogner Parken. Parku gdzie wystawione
są kamienne rzeźby dłuta Gustawa Vigelanda, wśród których znajduje się
olbrzymi obelisk – monolit poskręcanych ciał. Prowadzi do niego aleja
ozdobiona dwustoma rzeźbami różnych postaci. Wszystkie są naturalnej
wielkości, a przedstawiają kolejne etapy ludzkiego życia. Na koniec
wybraliśmy się jeszcze do kilku sklepów w poszukiwaniu kiełbasy z renifera
(reinsdyr polser). Jak zapewniają przewodniki dostępne w każdym supermarkecie.
Niestety nic z tego. Taką kiełbasę można dostać jedynie na północy kraju.
Musieliśmy się zatem zadowolić malinowymi konfiturami i szybko wracać
do portu. Czas wypłynięcia zbliżał się nie ubłaganie. O 17 znów byliśmy
na morzu, w drodze powrotnej do Kopenhagi. Na zakończenie tego dnia
odwiedziliśmy najpierw sklep wolnocłowy (rozbrzmiewający dźwiękiem drżących
butelek, a potem klub nocny (rozbrzmiewający dźwiękami rasowego dancingu).

Kolejny poranek i uczucie jakby ktoś cofał film. Znów byliśmy w Kopenhadze,
jednak tym razem zakrytej przez mgłę. Na ten dzień mieliśmy w planach
odwiedzenie słynnej syrenki i obejrzenie zmiany warty pod zespołem pałacowym
Amalienborg. Dzięki zbiegowi okoliczności widzieliśmy nie tylko zmianę
warty, ale towarzyszyliśmy również królewskim gwardzistom w przemarszu
przez miasto. Chcieliśmy się jeszcze wybrać do browarów Calsberga, ale
nie starczyło nam czasu, prom odpływał o 15. Jednak dla wszystkich chętnych
informacje praktyczne uzyskane od osób które skusiły się na taką wycieczkę.
Dojazd autobusem nr 6, bilet autobusowy kosztuje około 15 koron na osobę.
Wycieczka po samym browarze jest bezpłatna, tak samo jaki i kończąca
ją degustacja piwa.

Po wypłynięciu z portu nie wychodziliśmy na taras widokowy, tylko zajęliśmy
sobie wygodne miejsca przy dużych panoramicznych oknach. Dzięki temu
na spokojnie, nie targani wiatrem ani zimnem mogliśmy patrzeć na różne
rzeczy wyrastające z morza. Mam tu na myśli nie tylko skały, ale głównie
dzieła człowieka. Do ciekawszych należy z pewnością ciąg 20 wiatraków
ustawionych zaraz za portem oraz most łączący Danię ze Szwecją. Most
ten robi naprawdę imponujące wrażenie, tym bardziej jak jest oświetlany
przez promienie zachodzącego słońca. Już po zmroku nasz prom zawinął
też do Trelleborgu. W tym szwedzkim porcie zobaczyliśmy statek pasażerski
jeszcze większy od naszego. Nazywał się Piotruś Pan i robił naprawdę
ogromne wrażenie. Tak jakby wielki, 10 piętrowy hotel znalazł się nagle
obok nas na wodzie. Ważnym akcentem ostatniej noc na morzu była też
wizyta w sklepie wolnocłowym. Dla mnie tradycyjnym zakupem w tego typu
sklepach jest litrowa butelka Campari. Z moich obserwacji wynika, że
jej cena na różnych granicach kształtuje się na poziomie 10 dolarów.
Czy można to uznać za efekt globalizacji? Ostatni poranek na morzu wspominam
bardzo miło. Zjedliśmy śniadanie w promieniach porannego słońca, a o
godzinie 10 wpływaliśmy już do portu w Gdańsku. I tak po pięciu dniach,
przebyciu około 2500 km znów byliśmy w Polsce.

Czy warto było wybierać się zimą na północ? Z pewnością. Skandynawia
okazała się krainą przyjazną choć mroźną. Żadne z odwiedzanych miast
nie przypominało raczej siedziby królowej śniegu. Kopenhagę wspominam
jako miasto tysiąca rowerów, setek knajp i restauracji oraz jednej i
nie powtarzalnej ceremonii przemarszu gwardzistów przez całe miasto.
Oslo natomiast jawi się jako nowoczesne miasto, pełne nie tylko budynków
o wspaniałej architekturze ale i średniowiecznych zamków stojących na
fiordach. A wszystko przenikają słoneczne promienie, na przekór panującej
zimie.

Na koniec kilka informacji praktycznych:
– Wybierając się do Danii czy Norwegii, nie warto zabierać ze sobą Euro.
Choć Euro jest akceptowane, np. przy płaceniu kartą, to w obiegu nadal
jest miejscowa waluta. Lepiej więc od razu w Polsce wymienić złotówki
na korony. Wymiana pieniędzy w którymś z tych krajów wiąże się z pobraniem
podatku od wymiany. Wynosi on około 20 do 35 koron, czyli 10-20 PLN.
Jeśli jednak już przyjdzie konieczność wymiany pieniędzy to lepiej to
robić na promie, gdzie pobierany jest niższy podatek niż na lądzie.
– Na każdym z promów rozdawano bezpłatne mapy Kopenhagi i Oslo.
– Ceny w Skandynawii są średnio dwukrotnie droższe. Dotyczy to głównie
jedzenia. Warto więc zabrać ze sobą odpowiednią ilość zapasów. Na promie
serwowane są dwa posiłki: kolacja w cenie 160 koron i rano śniadanie
za 58 koron. Piwo w barze kosztuje 20 koron, kawa z automatu 10 koron.
– W porcie promowym są skrytki bagażowe. Skrytka mieszcząca dwa duże
plecaki kosztuje 20 koro za cały dzień. Warto zatem mieć już wcześniej
przygotowane dwie monety 10, żeby potem nie latać po całym mieście z
plecakami w poszukiwaniu bilonu.
– Przewodniki podają informację, że w Kopenhadze istnieje możliwości
bezpłatnego wypożyczenia rowerów. Niestety nam się nie udało znaleźć
w centrum żadnego takiego roweru, choć szukaliśmy ich wytrwale w nadziei
na zrobienie sobie rowerowej wycieczki. Może takie wypożyczenie możliwe
jest jedynie latem (my byliśmy w lutym)
– W sklepach w Oslo nie udało nam się kupić kiełbasy z renifera, która
ponoć jest specjalnością norweską.