Białoruś
13.03.2006
Kiedy rok temu byłem w Mińsku, to większość z osób, z którymi rozmawiałem zajęta była „trudami dnia codziennego”. Rozmowy dotyczyły głównie tego jak tu przeżyć za te kilka dolarów pensji (w przeliczeniu rzecz jasna). I tylko od czasu schodziły na kolejny pomysł el presidento, który świadczył, że jesteśmy w kraju, w którym nic nie może odbyć się bez jego wiedzy.
Tu przypomina mi się taka migawka: siedzimy, oglądamy telewizje, która pokazuje oddanie nowej sali operacyjnej w szpitalu dziecięcym. Oczywiście otwarcie z wielką pompą i udziałem władz państwowych. Lekarz mówi, że nowa aparatura pozwoli na przeprowadzenie około 100 operacji rocznie. Na co słyszy od Łukaszenki, a ja wam mówię, że nie mniej niż 120 i widzi znaczące kiwanie palcem.
Wszyscy przed telewizorem się uśmiechnęli - wiadomo prezydent swoje 5 groszy musi wtrącić. Żadna sprawa nie może się obejść bez jego komentarza. Nawe taką drobnostka, jak to że Polacy wyjeżdżający z Białorusi zabierają ze sobą chleb (bardzo smaczny swoją drogą) została przez Łukaszenkę skomentowana jako przejaw biedy w Polsce. Jednym słowem propaganda. Można się tym przejmować, może też po prostu przestać tego słuchać i próbować żyć normalnie.
Tak było rok temu. Wczoraj, przy okazji koncertu Solidarni z Białorusią zobaczyłem, że jednak już tak nie jest. Widać że coś pękło. Widać, że Białorusini odnaleźli swoją tożsamość, bo głośno o tym mówią, śpiewają po białorusku. Pokazują że nie czują się kolejną republiką, pod rządami wszechwiedzącego prezydenta tylko wolnym narodem. Można mieć to gdzieś, ale na pewno nie należy im przeszkadzać.