Rajd po krajach nadbałtyckich
Długi majowy weekend to doskonały czas na planowanie wyjazdów. Te trzy dni wolnego, oferowane przez państwo w połączeniu z kilkoma dniami urlopu, pozwalają na zrealizowanie wielu planów wycieczkowo - podróżniczych. Naszej pięcioosobowej ekipie, w czasie tegorocznego (2003) długiego weekendu, zamarzyła się wycieczka po stolicach państw nadbałtyckich. Tak się życie potoczyło, że marzenia przerodziły się w rzeczywistość. W ciągu 10 dniu przejechaliśmy 2760 km i przepłynęliśmy 160 km. Zamknięci w blaszanej kapsule pędziliśmy przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Pędziliśmy, bo mała ilość czasu i duża ilość miejsc do zobaczenia, sprawiła że tempo mieliśmy ekspresowe. Stąd też, czasem czuliśmy, że zostaliśmy przyłączenie do jakiejś japońskiej wycieczki. Przyjeżdżamy, oglądamy, robimy zdjęcia i jedziemy dalej. Jednak to czego doświadczyliśmy po drodze, w niczym nie przypominało doświadczeń japońskich turystów.
Start
Z Warszawy wyruszyliśmy w sobotę rano. Po trzech godzinach jazdy,
w dobrych humorach stanęliśmy na przejściu granicznym w Ogrodnikach.
Panowała tu dość senna atmosfera. Celnicy wygrzewali się w pierwszych promieniach
wiosennego słońca. Jedyną aktywność przejawiali sprzedawcy litewskiego
ubezpieczenia samochodowego (koszt - około 50pln od samochodu).
Jego wykupienie jest niezbędne, na Litwie zielona karta nie jest honorowana.
Po dopełnieniu formalności granicznych ruszyliśmy w stronę Wilna. Pierwsze wrażenia -
wyraźna poprawa jakości dróg. Na marginesie to dobre drogi są we wszystkich krajach
nadbałtyckich. Oczywiście dobrej jakości są główne trasy. Po zjechaniu na drogi lokalne,
można trafić nawet na długie, szutrowe odcinki, prowadzące przez szczere pola.
Wilno
Do Wilna dotarliśmy około 15. Na początek zabraliśmy się za szukanie noclegu.
Okazało się to nie takie proste. Wszystkie miejsca w schroniskach i hostelach podawanych
przez przewodnik Pascala były pozajmowane. Po objechaniu połowy miast nadal byliśmy "bezdomni".
Nieco zmęczeni zaparkowaliśmy niedaleko dworca kolejowego, na ulicy Sodu.
Wysiadamy z samochodu i... naszym oczom ukazuje się szyld małego hoteliku położonego
w starej kamienicy pod numerem 13. W środku kilka mieszkań przerobionych na pokoje hotelowe.
W każdym oprócz miejscami do spania, kuchnia i łazienka. Jednak dla nas, ich największą zaletą było to,
że były wolne. Po negocjacjach cenowych z parą staruszków, wyjęliśmy jedno z takich mieszkań
(dla pięciu osób) po 150litów za noc (1euro=12litów).
Spokojni już o sprawy noclegowe, wyruszyliśmy na zwiedzanie starówki.
Dla mnie najbardziej urzekające w Wilnie były budynki. Wszędzie stare
kamienice, z tajemniczymi bramami, rzeźbionymi drzwiami i różnymi motywami
zdobniczymi na murach. Do tego wszystkiego, gdzie niegdzie pojawiające się "wyspy architektoniczne"
w postaci kościoła, cerkwi lub synagogi. Przechodząc między nimi człowiek czuje,
że ociera się o historię miasta. Spacer pomiędzy budynkami jest też okazją, aby poznać inny obraz miasta.
Różny od tego przewodnikowego: Ostra Brama, wzgórze Giedymina, cmentarz na Rosie itd.
Chociaż nie przeczę, on też jest atrakcyjny.
Troki
Niedzielny poranek powitał nas deszczem, szarówką i temperaturą
nie przekraczającą 11 stopni. Nie zraziło to nas i pomimo nie sprzyjających warunków
atmosferycznych (ja by to ujęli w telewizyjnej prognozie pogody) ruszyliśmy dalej.
Tego dnia w planach mieliśmy zwiedzanie średniowiecznego zamku. Jest on położony
w odległych o 30km Trokach (więcej na temat czytaj
tu).
Troki znane są nie tylko z zamku, ale i ciekawej mniejszości narodowej - Karaimów.
Jest to grupa etniczna spokrewniona z ludami tureckimi, religijnie związana zaś z judaizmem.
Chcieliśmy poszukać ich śladów lub może nawet spotkać choć kilku z tych
123 Karaimów mieszkających w Trokach. Jednak jedyny ich ślad, jaki udało się odnaleźć,
to kilka zdjęć wystawionych w komnatach zamkowych oraz resztki cmentarza.
Widać nie odpowiadała im deszczowa pogoda i siedzieli w domach.
Po południu wróciliśmy do Wilna. Wygłodniali szukaliśmy miejsca gdzie moglibyśmy
spróbować słynnych litewskich cepelinów. Mimo zapewnień we wszystkich przewodnikach,
że jest to potrawa narodowa i ogólnie dostępna, udało nam się je zjeść
dopiero po długich poszukiwaniach. Nie wiem, czy to z powodu deszczu, czy dlatego
że była niedziela. W każdym bądź razie w końcu trafiliśmy do knajpy,
w której podawano tą specjalność. Jeszcze tylko trochę cierpliwości, aż kucharz upora
się z zamówieniem i już po chwili stały przed nami talerze z parującymi, wielkimi ni to pyzami ni to kluskami.
Mięsny farsz i skwarki dopełniały obrazu i smaku potrawy. Ciepłe kluchy, ale smaczne i sycące -
takie pozostało po nich wrażenie. Tylko wrażenie i nic więcej, bo głodni byliśmy bardzo.
Cesis
W poniedziałek wyjechaliśmy z Wilna. Kolejny przystanek na naszej trasie
to łotewski Park Narodowy "Rzeka Gauji". Obszar ten wyznaczają trzy miasta Sigulda, Cesis i Valmiera.
Każde z nich jest malowniczo położone pośród wzgórz i lasów, co sprawia, że są to doskonałe tereny
do uprawiania turystyki pieszej i rowerowej. Dodatkowe atrakcje wynikają z historii tych terenów.
W średniowieczu były one centrum Inflant. Swoje siedziby mieli tu rycerze zakonni,
a swego czasu zamek w Cesis był najwspanialszą rezydencją wielkiego mistrza.
W przewodniku znalazłem informację, że zamek ten jest często porównywany do tego w Malborku.
Myślę że tereny ten na pewno spodobają się miłośnikom średniowiecza i rowerowych wycieczek.
Aż żałowałem, że nie mamy rowerów i jeszcze kilku dni wolnego.
Mapę i szereg informacji o tych terenach uzyskaliśmy w Siguldzie w informacji turystycznej,
natomiast na nocleg wybraliśmy się do Cesis. Wypadł on w hotelu robotniczym - Putninkrogos (ul. Salues 23).
Jest to zwykły blok, który wyróżnia się od innych wielkim szyldem oznajmiającym że właśnie tu jest viesnica,
czyli hotel. Warunki w nim były dokładnie takie jak, na robotniczy hotel przystało - iście spartańskie.
Na piętrze jeden prysznic i wspólna kuchnia. Wystrój pokojów w stylu wczesnego Gierka.
Za przyjemność spania w tych jakże ciekawych wnętrzach
zapłaciliśmy po 3,5łata od osoby (1euro = 0,6łata).
Tallin
Wtorek - ten dzień zapowiadał się jako pierwszy dzień bez deszczu.
Rankiem, ruszając w stronę Estonii, nie wiedzieliśmy wprawdzie, że tylko zapowiadał.
Ale po kolei. Pierwszy przystanek tego dnia na naszej trasie wypadł na przejściu granicznym Valka-Valga.
Jest to jedno miasto, ale ponieważ przecina je granica to powstały dwa miasta. Dzięki temu jadąc po ulicy,
można z jedne strony spoglądać na Łotwę, a z drugiej na Estonię. Kolejne miejsce w którym się zatrzymaliśmy
to już Estońskie miasto - Tartu. Jest to znany od dawna ośrodek akademicki. W czasach zaborów kształciło
się na nim wielu Polaków, którzy nie chcieli zdobywać wiedzy na uczelniach rosyjskich.
Dziś miasto nadal ma charakter akademicki, choć chodząc po placu ratuszowym
(centralnym punkcie miasta) można odnieść wrażenie, że jest to raczej miejscowość turystyczna.
Przy placu bowiem znajduje się kantor, informacja turystyczna oraz wiele restauracji wyraźnie
nastawionych na zachodnich turystów.
Wjeżdżając z Tartu musieliśmy się pożegnać ze słońcem i pogodzić się z naszym
stałym towarzyszem - deszczem. Kolejny przystanek w naszej podróży to Tallin.
Stolica kraju, miasto znane z przepięknej starówki (która faktycznie taka jest) i
niezliczonej ilości zabytków z Grubą Małgorzatą i Długim Hermanem na czele(żeby
rozwiać wątpliwości są to nazwy średniowiecznych baszt).
Szczegółowy opis wszystkich atrakcji można znaleźć w
przewodniku.
Z tego opisu nam najbardziej utkwiło jedno zdanie nie opisujące wprawdzie
atrakcji miasta, ale odnoszące się raczej do klimatu: "...oblane niezbyt gorącym estońskim słońcem".
Od tej pory był to nasz ulubiony zwrot. Wypowiadany w strugach deszczu,
podczas zwiedzania kolejnych miejscowych atrakcji, za każdym razem budził wesołość.
"...ale wyobraźcie sobie jak by to wyglądało, oblane niezbyt gorącym estońskim słońcem".
Muszę przyznać że w tych momentach opanowani byliśmy dość absurdalnym poczuciem humoru.
W Tallinie mieliśmy zostać przynajmniej trzy dni. Nie wzięliśmy tylko po uwagę,
że będzie to w okolicach 1 maja. A tego dnia, wielu Finów również
będzie chciało spędzić swój dzień wolny na wycieczce do Tallina.
W efekcie większość miejsc noclegowych była już zarezerwowana. Udało nam się
jednak wynająć pokój na dwie noce w Mahtra Hostel.
Znajduje się na dużym blokowisku. Dojazd samochodem z centrum
zajmuje około 10-15 minut. Nocleg kosztował nas 100ekk od osoby (1euro=15ekk).
Nie było nam dane spędzić zbyt wiele czasu w tym hostelu.
Jeszcze tego samego dnia, a w zasadzie nocy czekał nas rejs do Helsinek.
Wprawdzie mieliśmy płynąć dopiero następnego dnia wodoltem, ale nie było to możliwe.
Rejsy wodolotów zaczynają się dopiero z końcem maja, kiedy
już nie ma kry na morzu. Tak więc nie pozostało nic innego jak zakupić bilety i
zaokrętować się o północy na prom "Melodia" linii Tallinka.
Helsinki
25 godzin 24 minuty 23 sekundy - tyle dokładnie trwał
czas od pozostawienia samochodu na parkingu przed terminalem promowym
do jego odebrania (za ten postój zapłaciliśmy 52ekk). Tyle też sczasu zajęła nam
dwukrotna przeprawa przez Zatokę Fińską (w tym miejscu szeroką na 80km)
jaka dzieli Tallin do Helsinek oraz sam pobyt w stolicy Finlandii.
Końcówkę nocy z wtorku na środę przespaliśmy w kabinach na promie.
Tak więc o 8 rano kiedy prom zawijał do portu, byliśmy już gotowi na nowe wyzwanie - Helsinki.
Po zejściu na ląd pierwsze kroki skierowaliśmy do centrum,
w poszukiwaniu miejsca gdzie można by było napić się kawy i
obmyślić dalszy plan dnia. Plan który powstał był prosty: po pierwsze kupujemy bilet powrotny,
a potem idziemy zwiedzać miasto. Jednak jego realizacja nie była prosta. Po raz kolejny namieszał nam 1 maja -
miejsca na wszystkich promach pływających w ciągu dnia były już zarezerwowane.
Tak więc zmuszeni byliśmy znów skorzystać z nocnego połączenia linii Tallinka.
Całe szczęście że udał nam się telefonicznie dokonać rezerwacji.
Spokojni już o powrót, mogliśmy zająć się atrakcjami turystycznymi Helsinek
(więcej na ich temat czytaj tu).
najbardziej intrygujące okazały się nie budowle a ludzie. Cały dzień mijaliśmy grupy
młodzieży poprzebierane w kolorowe kombinezony z doczepionymi naszywkami i balonami.
Z tego co zrozumieliśmy cała ta maskarada odbywała z
okazji święta studenckiego, które jest obchodzone w przeddzień robotniczego święta 1 maja.
Ich kulminacją były zawody w przeciąganiu traktora
jakie zorganizowano w centrum pod Zetor Cafe (naprzeciwko McDonalda).
Zebrał się tam cały kolorowy tłum przebierańców i głośno dopingował swoim zawodnikom.
W tych okolicach, a w zasadzie nad knajpą Zetor znajdowała się
jeszcze jedna atrakcja którą odnaleźliśmy w Helsinkach. Była to studencka stołówka,
w której za 5euro można było najeść się do woli.
Do wyboru było kilka dań rozłożonych na szwedzkich stołach - polecam.
Po obiedzie ruszyliśmy jeszcze odwiedzić najdalej na północ wysunięte organy na świeżym powietrzu.
Po drodze zobaczyliśmy też kościół wykuty w skale. Miejsce w którym stały te organy
było równocześnie najdalszym punktem naszej wycieczki. Jak obróciliśmy się na pięcie to ruszyliśmy w
powrotną drogę. Z dalekiej północy na domu.
Wizytę zakończyliśmy tak jak rozpoczęliśmy, czyli kawą. Potem powróciliśmy na przystań promową i
nie pozostało nic innego tylko czekać.
Pärnu
Prom powrotny do Tallina spóźnił się ponad godzinę, tak więc wróciliśmy do
hostelu o 2 w nocy. Nie przeszkodziło to nam jednak w skorzystaniu z sauny (25koron od osoby).
Po saunie jeszcze tylko po łyku zimnego miejscowego piwa (15 koron u pani na portierni) i tak
miłym akcentem zakończyliśmy środę a rozpoczęliśmy czwartek.
W czwartek rano, po kilku godzinach snu ruszyliśmy ponownie na zwiedzanie miasta,
licząc choćby na chwilowe pokazanie się niebyt gorącego estońskiego słońca.
Nic takiego jednak nie nastąpiło. W ramach ucieczki od siąpiącego deszczu chcieliśmy obejrzeć łódź podwodą ,
której zwiedzanie polecał przewodnik. Niestety na miejscu okazało się, że statek gdzieś zabrano - nie wiadomo,
czy na żyletki czy do konserwacji. Nie pozostało nam nic innego jak zjeść obiad i ruszyć w dalszą drogę,
do nadmorskiego kurortu Pärnu. Miasteczko to ma wybitnie klimat nadmorski i proturystyczny.
Ale ponieważ nie było jeszcze sezonu (choć w hostelu twierdzili, że zaczął się z dniem 1 maja) ulice,
park, brzeg nadmorski i wszystkie knajpki świeciły pustakami. Potrafię sobie jednak wyobrazić
jak to wygląda latem, kiedy przybywają tu rzesze wczasowiczów w poszukiwaniu
promieni niezbyt gorącego estońskiego słońca. Dla nas ten wieczór był jednak raczej czasem
odpoczynku niż szalonych zabaw. Po kilku ostatnich dniach odczuwaliśmy braki snu.
Bratki te uzupełniliśmy podczas noclegu w hostelu Louna.
Ryga
W piątkowy ranek ruszyliśmy w stronę Rygi, drogą prowadzącą wzdłuż brzegu Zatoki Ryskiej.
Tras ta jest atrakcyjna nie tylko ze względów na widoki, ale również na możliwość wjazdu samochodem nad sam brzeg wody.
My posunęliśmy się o krok dalej i wjechaliśmy prawie w samą zatokę.
Skończyło się to posadzeniem samochodu na kamieniu i mozolnym jego wyciąganiu.
Na szczęście nic złego się nie stało, samochód wyjechał w jednym kawałku i mogliśmy ruszać dalej.
Do stolicy Łotwy dotarliśmy około 17. Od tej chwili rozpoczął się koszmar kierowcy.
Ryga w centrum charakteryzuj się bowiem dość skomplikowanym ruchem kołowym.
Dominują głównie ulice jednokierunkowe, często kierunki ruchu są zależne do pór dnia i brak jest oznaczeń
co i gdzie się znajduje. Jak by tego było jeszcze mało to wszystkie miejsca noclegowe były zajęte,
chociaż do tego w zasadzie powinniśmy już przywyknąć. Po 3 godzinach szukania trafiliśmy do hostelu Turiba.
Jest on umiejscowiony w akademikach szkoły biznesu, około 10 minut jazdy od centrum
(dokładne namiary są w przewodniku Pascala). Za nocleg w prawdziwie akademikowych warunkach
(piętrowe łóżka, łazienki i prysznice na korytarzu) płaciliśmy po 3 łaty od osoby.
Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer ulicami starówki. Na ulicach,
mimo późnej pory było wiele osób, dużo młodzieży. Widać tutaj życie nie kończy
się wraz z zamknięciem sklepów, tak jak to ma często miejsce u nas.
Jurmala
Poprzedniego wieczoru długo się zastanawialiśmy: jechać dalej, czy jednak zostać w Rydze.
Stanęło na tym, że zostajemy. Tak więc w sobotni poranek nie musieliśmy się wcześnie zrywać, aby ruszać w drogę.
No i co najważniejsze w ten dzień nie padało. Na początek ruszyliśmy zwiedzić hale targowe - miejsce z klimatem,
warte odwiedzenia. Można tam dostać wszystko i mydło i powidło. Później pojechaliśmy do oddalonej o 18 km
nadmorskiej miejscowości Jurmala. Droga, która do niej prowadzić to trzy pasmowa autostrada.
W czasach ZSRR była wykorzystywana podczas kręcenia filmów, jeżeli scenariusz przewidywała,
że akcja będzie działa się na zachodzie. Faktycznie, nawet dziś trzy pasy, szerokie pobocza i gładka
nawierzchnia sprawiają wrażenie, zachodniej autostrady. Sama Jurmala nie była zbyt ciekawa,
ot zwykłe nadmorskie miasteczko, którego czasy świetności skończyły się wraz z upadkiem ZSRR.
Jednak na pocieszenie otrzymaliśmy dawkę słońca i mogliśmy się powylegiwać na plaży.
Po powrocie jeszcze raz odwiedziliśmy ryską starówkę, tym razem oglądając ja za dnia i niestety w deszczu.
Starówka choć niewielka jest bardzo malownicza. Za dowód jej atrakcyjności powinien wystarczyć fakt,
wpisania na listę zabytków UNESCO. Mi jednak, podobała się bardziej współczesna Ryga - miasto pełne życia.
Ciągły ruch i zamieszanie sprawiają, że dobrze czuć tętno tego miasta.
Powrót
W niedzielę wstaliśmy dość wcześnie. Czekał nas ponad 700 km odcinek drogi jaki dzieli Rygę od Warszawy.
A do tego po drodze jeszcze dwie granice. Pierwsza granica Łotewsko-Litewska była Bauskach - przejechaliśmy
je be problemów. Będąc już na Litwie zdecydowaliśmy się jeszcze odwiedzić Kiejdany i Kowno, miasta wpisane
w polską historię i literaturę. Szczególne wrażenie zrobiło Kowno. Ładny rynek z ratuszem zwanym Białym Łabędziem,
duża ilość zabytkowych kamienic, no i romantyczny widok na Niemem sprawiają, że miasteczko to zapada w pamięć.
Druga granica jaką tego dnia przekraczaliśmy to granica Litewsko-Polska. Podjechaliśmy pod nią około 14 i musieliśmy
stać ponad 3 godziny. Choć kolejka byłą po stronie litewskiej, to można było odnieść wrażenie,
że to nasi celnicy przyczyniali się do jej tworzenia. Przez ten czas pokonaliśmy 800m,
czyli był to najkrótszy odcinek naszej podróży pokonany w najdłuższym czasie. Wszystko jednak ma swój koniec.
Tak też i nasze oczekiwanie się skończyło. Humory poprawił nam widok Polski, kraju gdzie zawsze świeci słońce oraz
zyskanie dodatkowej godziny czasu (przestawienie zegarków). Tak patrząc na przesuwający się krajobraz
poczułem, że piękna jest ta nasza ziemia. Nie wiem, czy wpływ miało na to słońce które świeciło teraz w pełni,
czy też poczucie że jest się u siebie.
Ostatni etap od granicy do Warszawy pokonaliśmy już bez większych trudności. No może z wyjątkiem patrolu policji,
który zatrzymał nas i zwrócił uwagę na brak jednego ze świateł. Było to pierwsze takie zdarzenie.
Do tej pory, pomimo przejechania ponad 2000 km, policja nie zatrzymała nas ani razu, więc teraz byliśmy
mocno zdziwieni. Przecież rano, przy wyjeździe z Rygi wszystko działo. Po krótkiej rozmowie,
skąd jedziemy itd. puścili nas. Już więcej przez nikogo nie zatrzymywania, przyjechaliśmy do Warszawy około 22.
W ten oto sposób po 10 dniach zakończyła się podróż po Pribaltice. W czasie niej była okazja do porównania kilku krajów.
Pierwszą rzeczą, którą odczuliśmy na niekorzyść Polski to stan dróg. Naprawdę pod tym względem daleko nam
jeszcze do innych państw. Jednak inne sprawy, takie jak poziom życia, zarobki wypadają na korzyść Polski.
Tak piszę o tych porównaniach, bo Litwa, Łotwa i Estonia mają razem z nami wychodzić do EU.
I nie wydaj mi się, aby to Polska była tym najbiedniejszym, zaściankiem Europy.
autor: Marek Słowiński
Warszawa, listopad 2003
zapis całej podróży na markowy.blog.pl