Maroko – góry, ocean, pustynia


Góry

Po trzech dniach pobytu w ekscytującym, czerwonym Marakeszu, pełnym egzotyki, ludzi i zgiełku ulic ruszamy w góry. Atlas Wysoki, najwyższe pasmo Afryki, nazywany przez Berberów Górami Gór. Pierwszy przystanek
to urocza wioska u podnóża gór – Imilil, jest jeszcze przed sezonem,
garstka turystów, upajamy się błogim spokojem. Przepiękna wiosna,
cudowne widoki, dech w piersiach zapiera widok sączcej się zieleni
z uprawnych tarasów, drzewka owocowe sypią się białym kwieciem.
Niestety, musimy zmienić trasę, w górach śnieg, dwa odcinki drogi
niezwylke trudne i niebezpieczne, szczególnie bez raków, czekanów
i namiotów, którymi niedyspomujemy. Miejscowi odradzają, my jeszcze
się wahamy. Wypuszczamy się do Taszedirtu, ascetycznej wioski
berberyjskiej i tu ostatecznie podejmujemy decyzję o zmianie trasy.
Przez kolejnych 5 dni podejmujemy trudy wycieczek górskich.
Jest cudownie, góry piękne, wspaniałe widoki, iście bajkowe krajobrazy,
brak oznaczonych szlaków zastępują na ścieżynki udeptane przez
pastuszków, choć pewniejsze są drogi znaczone odchodami mułów,
czasem tylko niepokoi nas myśl: „Szkoda, że nie ma piwa”. W drodze
na przełęcz Tizi’n’Tasziedirt (3200m npm) poznajmy niemoc choroby
wysokogórskiej. Przedziwne doświadczenie: czuję, że droga nie
jest trudna, niemalże prosta ścieżka, tymczasem nie mam siły iść,
wypompowana, bez powietrza, bez ducha. Kręci mi się w głowie,
lekkie mdłości, słaniam się na nogach, coraz wolniej pokonuje
banalne odległości, wreszcie po osiągnięciu celu bez pardonu kładę
się spać pod byle jakim kamieniem. A Marek – chylę czoło!!! biegnie,
powtarzam, biegnie zdobyć pobliski szczyt. W malignie otwieram
od czasu do czasu oczy, chcę obsrewować mały punkcik jago postaci,
gdzie jest? szukam…o!widzę! chcę go śledzić wzrokiem, znów przysypiam,
i znów szukam…nie, nie mam siły.
Powrót był już czystą przyjemnością! ale co najważniejsze: aklimatyzację
mamy za sobą i podobne historie są już poza nami! 3 dni później
wyruszamy na Jebel Toubkal, główny cel naszej podróży! To zabawne,
w czasie tago wyjazdu nastąpiło we mnie całkowite przewatrościowanie,
miałam świadomość, że celem podróży jest zdobycie tego szczytu,
ale tak w głębi serca nie dla mnie, ja chciałam pojechać do Maroka,
oglądać miasta, wioski, ludzi, chłonąć miesjcowe klimaty, a góry…no
cóż, żeby osiągnąć swoje cele, muszę zacisnąć zęby i dziarsko
przebierać nogami „na szlaku”. Tymaczasem, z perspektywu czasu
okazało się, że i mi najbardzie podobalo się w górach! I ten właśnie
etap naszej podróży wspominam szczególnie miło! Tu dodatkowo zaskoczył
i niezwykle ucieszył mnie fakt, że moje – jak myślałam mizerne
– przygotowanie pod względem fizycznym i kondycyjnym, dało rewelacyjne
rezultaty! Ostatnio tak dobrze chodzilo mi się po górach gdzieś
w okolicy końca podstawowki, początku liceum, kiedy to jeszcze
bez obciążeń ze strony nałogów i tyłkiem z pięć kilo lżejszym
biegałam po Tatrach. Jak wspaniale było to przeżyć na nowo. Z
rozpędu chciałam tu wtrącić, że nadal będę ćwiczyć aerobik i zachęcić
wszystkich do uprawiania jakiegokolwiek sportu, ale chyba dam
sobie spokój.
Ostatni, najważniejszy etap naszych górskich wędrówek to droga
na Dżebel Toubkal. Po opuszczeniu berberyjskich wiosek schodzimy
znów do Imililu i nocujemy u „naszego” Mahomeda, czy Hassana,
jak go tam zwali, posilamy się wielką michą kuskusa, porowadzimy
kurtuazyjne rozmowy przy posrebrzanym dzbanuszku mięty.
Nad ranem wciskamy naszemu gospodarzowi (duużą) część zbędnago
bagażu i ruszamy w niezwykle urokliwą, ale i dłuuugą – przynajmniej
wtedy tak mi się wydawało – drogę. Przed zmrokiem docieramy wreszcie
do schroniska na 3200. Tu spędzamy wyborny wieczór na biesiadzie
w towarzystwie Rosjanina, Łotysza, Amerykanina i Węgra, przy butelce
whiskacza i polskiej kiełbasie. Już o 20 idziemy spać nastawiając
budzik na 5 rano, noc koszmarna: duszno, gorąco, bezsennie. O
świcie ruszamy, pionowa ściana pod górę, najpierw śnieg, w połowie
drogi jeszcze gorsze żwirowisko, ale po 4 godzinach szczyt został
zdobyty! 4167 m npm! W książce pamiątkowej w schronisku wpisałam:
„Przereklamowana, nudna, mordercza wędrówka. Ze szczytów wybieram
szczytowanie”.
Podtrzymuję, ale nie przeszkadza mi to być
z siebie dumną!

Ocean

Po zejściu do Imililu, wielkim praniu, ciepłym! prysznicu ruszamy
na wymarzony odpoczynek nad ocean. Podróż poszła nam niezwykle
sprawnie, choć bywało, że z niepokosm ocieraliśmy pot z czoła,
szczególnie kiedy to górską, kręta i niebezpieczną drogą tłukliśmy
grand taxi w postaci starego, zardzewiałego Peougot kombi, na
którego widok i zresztą wszystkich innych też, ogarnia wielkie
zdumienie, że to jeszcze może się poruszać, i w 12!!!osób jedziemy.
Eee, czy kierowca może patrzyć na drogę, zamiast przyglądać nam
się w lusterku, czy ten starszy pan, który siedzi z nim na jednym
siedzeniu nie przeszkadza mu i nie krępuje jago ruchów?!!! Uff,
udało się. W czasie trudów podróży niezwykle pomogło mi upajanie
się myślą o długich godzinach bezczynności na rozgrzanych plażach
wybrzeża południowoatlantyckiego.
Po kilku godzinach jesteśmy w As-Sawirze. Za rozsądną cenę wynajmujemy apartament
w centrum miasteczka i upajamy się miejscowymi klimatami.
Jest cudownie! Wprawdzie szybko okazuje się, że As-Sawira, określana nie bez powodu „wietrznym miastem”
nie pozwoli mi na słodkie lenistwo i wygrzewanie się na plaży
(każda próba przysiądnięcia na plaży grozi zamienieniem się w szybkim czasie w kopczyk piasku),
ale było w tym miejscu coś tak osobliwie urokliwego, czego nie potrafię jednoznacznie nazwać,
a co sprawiało, że niesamowicie nam się tam podobało.
Może to za sprawą turystów, których miejscowi mieli pod dostatkiem, tak jakoś było zupełnie inaczej.
Urocza atmosfera uliczek, pobielonych domów z niebieskimi drzwiami.
Nikt nas nie zaczepiał, nikt nic od nas nie chciał, a ci, którzy co i rusz chcieli sprzedać nam jakieś narkotyki,
to po prostu pikuś; wszędzie ceny! cudowne słońce i głaskający po głowie wiatr,upajaliśmy się naszymi wakacjami.
No, i nie mogę nie wspomnieć: nareszcie piwo! wprawdzie za 0,24l ichniejszego Specjala w Polsce można kupić litr Królewskiego,
ale nie potrafiliśmy odżałować sobie tej przyjemności. Z rozkoszą jeszcze teraz wspominam te nasze uczty:
kilogram oliwek, bagietka i piwo!!! Żałuję tylko, że nie byłam w stanie zdzierżyć miejscowego portu,
przez co nie poszliśmy na rybkę z rusztu i nie mogłam sobie pozwolić na widok wracających z morza rybaków
i odbywającego się chwilę potem targu rybnego. Z tematem zapoznałam się ze zdjęć Marka.
Wiem, jestem dziewczyną z nad morza, ale wierzcie lub nie,
od tamtej pory arabski port stał się dla mnie synonimem największego smrodu.

Pustynia

Po trzech dniach błogiego lenistwa nad oceanem odwracamy się na pięcie
i ruszamy spenetrować środkową część Maroka, a potem pustynię!
Ale nim oczy nasze ujrzały tę magiczną, piaszczystą scenerię przebyliśmy dluugą, pięciodniową drogę.
Najpierw dzień nieziemskiej podróży autobusem, wynagrodzony zresztą niezwykle efektowną droga przez góry Antyatlasu.
Autobusem na wysokości prawie 2300m! Przepiękne widoki i kolory! terrae rose i soczyście zielone lasy,
pola, od czasu do czasu poprzeplatane żołtymi kłosami zbóż i łąkami maków.
Eh, o tym nie da się pisać, to trzeba zobaczyć. Potem dziwaczny Warzazat,
miasto garnizonów, gdzie miejscowe warunki klimatyczno – pogodowe pozwalają normalnie funkcjonować
zaledwie przez kilka godzin w ciągu dnia: od rana do 12, potem w grubych murach szuka się schronienia
przed slońcem i upałem, po 15 na chwilę budzi się życie, ale tylko do 17,
wtedy bowiem trzeba się chować przed wiatrem szybko zmaieniającym się w potężne wietrzycho.
Nie wiem dlaczego, ale mi się tam na swój sposób podobało i nie chciałabym przesadzić,
ale niepokojący klimat tego dzikiego miejsca, nasz mroczny hotel jakoś przypominał mi „Harry’ego Angela”.
Może to miejsce wcale nie mialo swojego drugiego, mrocznego oblicza, ale, no…tak jakoś…
Przy okazji skoczyliśmy do Ait Benhaddu, podobno jedej z najbardziej egzotycznych i najlepiej zachowanych,
odbudowanych kazb w Atlasie, element scenografii ponad 20 filmów.
Nas chyba bardziej rozemocjonował szalony pomysł dostania się tam autostopem, na jakimś pustkowiu,
w 40 stopniowym upale bez kropli wody, jeszcze z pewnością, że „jakby co” dojdziemy na pieszo,
na szczęście zanim się zdecydowaliśmy, zatrzymał się autokar z francuską wycieczką,
a jej uczestnicy sprawiali wrażenie, jakby przed chwilą wyszli spod prysznica,
ich zapach i jakaś taka lekkość bytu, zawstydziły nas, uświadamiając nam, że jesteśmy,
zgrabnie to ujmując: nieco nieświeży.
Potem była dolina róż i miateczko El-Kelaa M’Guna, gdzie uparliśmy się
zwiedzić fabrykę olejku różanego, ku ogromnemu zdziwieniu tamtejszych pracowników.
Dzień ten został zapamiętany, jako „dzień oczekiwania”, w końcu wyczekaliśmy jakiegoś bossa,
który po złożeniu obietnicy, że nie będziemy robić zdjęć i wyłączymy telefony komórkowe pozwolił nam
przkroczyć rachityczny szlaban broniący wstępu na teren „fabryki”. Niestety,
ku naszemu ogromnemu rozczarowaniu nigdzie nie zobaczyliśmy podłóg
usianych suszącymi się płatkami różanego kwiecia.
Zaopatrzeni w wodę różaną ruszyliśmy dalej, nasepny przystanek: Erfud, baza wypadowa na pustynię.
Niezwykle męcząca podróż autobusem, tym razem bez większych atrakcji, po zmroku byliśmy na miejscu.
Opierając się nagonce na dalszą podróż idziemy przespać się do hotelu, by następnego dnia,
już w towarzystwie sympatycznej pary z Kanady kontynuować podróż do Merzugi,
dosłownie i w przenośni – bramy pustyni. Na miejscu zatrzymujemy się
w najbardziej ekskluzywnych z dotychczasowych hoteli (w cenie poprzednich), pobieżne
oporządzenie się, szybko kutruazyjna herbatka miętowa z właścicielem i nie mogąc oprzeć się widokowi
za oknem ruszyliśmy na pustynię! Dziwnie. Iście księżycowy krajobraz, dookoła tylko piach, gorący, palący stopy piach…
Wrociliśmy po buty trekingowe, bo w międzyczesie zrodził się pomysł
zdobycia znajdującego się nieopodal słynnego Ergu Szebbi, olbrzymiej ruchomej wydmy piaszczystej.
Ufff, gorąco, gorący piach, gorący wiatr, obrany cel – potężna góra piachu, jakby złośliwie się oddalał,
nie zrażeni brnęliśmy dalej. Najgorsze dopiero było przed nami. Nie wiem już ile czasu minęło, nim stanęliśmy u stóp diuny.
Jedno jest pewne: z bliska nie wyglądała już tak banalnie. Droga na szczyt nie była łatwa, jak na zawołania
(nie nasze) wiatr zaczął dmąć jak szalony, zginając nasze ciała w pół, z każdym krokiem bylo coraz gorzej.
¦wieżo nawiany piasek, w którym zapadaliśmy się po kolana, jak w puszystym śniegu, który chwilami stawał się rwący,
jak potok górski, utrudniał posuwanie się naprzód. Kilka razy już mówiliśmy o tym, by wracać,
wcale nam tak strasznie nie zależało, a jednak cały czas szliśmy przed siebie,
by w końcu usiąść na piaskowym grzbieciewydmy, nawet nie stanąć, wiatr zginał kolana,
zrobiło się na tyle nieprzyjemnie, że zbyt długo nie ciesząc się widokiem ze szczytu i zmianą koloru
wydm z rożowego na złoty, zrobiliśmy szybki zwrot na dół. Uatrakcyjniając sobie drogę próbowaliśmy zbiegać,
wiatr silnie popychał do przodu, a z każdym krokiem obciżenie butów zwiększało się o kolejny kilogram piachu.
Na dole jakby wszystko ucichło i uspokoiło się, ale nie na długo, wszystko zapowiadało zmianę pogody na gorsze.
Po dotarciu do hotelu długie oczekiwanie na kolację, kąpiel w piaskownicy, noc w zapylonym i zapiaszczonym łóżku.

Rano postanowione: spadamy. Przybyliśmy, zobaczyliśmy, opiszemy póżniej. Miłe pożegnanie i… ledwo otworzyliśmy drzwi,
rozpętała się istna burza piaskowa, szarówa, widoczność na wyciągnięcie ręki.
Niezrażeni podążaliśmy przed sibie, marząc tylko, żeby opuścić Merzugę. A tu zaskakująco przykra niespodzianka,
żadnego środka lokomocji, jest niedziela, wszyscy pochowali się przed burzą, w cichych zakątkach swych
domostw świętują urodziny miejscowego kacyka. Ktoś nam proponuje podwiezienie swoim „super!”
landroverm za cenę nie-do-przyjęcia!!! Gdzieś tam przykucnięci próbujemy się chronić,
ale i tak pomału zamieniamy się w kopczyli piasku. Nic nie widać, nic nie słychać, tylko piach zgrzyta między
zębami, pustynia trzyma nas w mocnym uścisku i nie chce wypuścić.
Tonąc w ulewie piasku cierpliwie czekamy na bieg wydarzeń. Nie wiem już ile minęło czasu, godzina, dwie…,
ważne, że zostaliśmy wreszcie ocaleni: zatrzymaliśmy konwój Leclerc Adventure Team. Zabrali nas, kierowca w
zapiaszczonych goglach poczęstował zimnym piwkiem i powiózł hen w dal, zostawiając za nami szare tumany kurzu i piachu.